Minął tydzień od momentu rozpoczęcia eksperymentu. Czas na pierwsze obserwacje!
1) Sporządzanie naparu jest bardzo proste, ale... Pod warunkiem, że kupi się zmieloną kozieradkę. Nasiona kozieradki są tak twarde, że bez dobrego moździerza ani rusz. Na szczęście wystarcza cotygodniowe sporządzanie wcierki. Przechowywanie naparu również nie jest problematyczne - potrzebny jest jedynie szczelny pojemnik z przykrywką lub mały słoik i sprawna lodówka.
2) Trochę byłam uprzedzona do eksperymentowania z kozieradką ze względu na liczne negatywne opinie dotyczące jej zapachu. Rzeczywiście przypomina on trochę curry i rosół, ale przez noc wietrzeje i jak dotąd nikt nie narzekał na zapachy rosołu w mojej obecności. Bardziej moją uwagę przykuł kolor naparu, który przypomina mi... mocz ;)
3) Udało mi się zaobserwować pierwsze efekty działania kozieradki. Włosy są mniej oklapnięte, zdecydowanie zaczęły się unosić od nasady. Poza tym zaczęły się pojawiać krótkie włoski, tzw. baby hair.
4) Został wyłoniony zwycięzca konkursu na najlepszy aplikator wcierki z kozieradki! Poniżej zestawienie kandydatów:
- palce (łatwo nabiera się produkt, ale trzeba to bardzo często powtarzać),
- pipeta (koszt ok. 3 zł, do nabycia w aptece, można nabrać produkt jedną ręką, zdecydowanie bardziej efektywna niż palce),
- strzykawka (koszt kilka-kilkadziesiąt groszy, do nabycia w aptece, potrzebne są dwie wolne ręce, aby nabrać produkt, równie efektywna jak pipeta).
Zwycięzcą zostaje strzykawka ze względu na łatwość dozowania produktu i precyzyjną końcówkę, którą można sprawnie dostawać się w okolice skalpu między poszczególnymi pasmami włosów:)
Komentarze
Prześlij komentarz