Oparła się plecami o ścianę i powoli zsunęła się, siadając niedbale na podłodze. Był chłodny wiosenny poranek i zimne powietrze napływające przez uchylony balkon zaczęło coraz dotkliwiej kąsać jej stopy.
Dłużej już nie wytrzymam...
Wstała, zamknęła z hukiem drzwi balkonowe i stanęła przy oknie. Przestraszona gromada ptaków obsiadująca okoliczne parapety poderwała się do lotu. W głowie miała straszliwy mętlik. Nic a nic nie rozumiała tego, co przed chwilą przeczytała. Oczywiście każde zdanie z osobna było jasne, ale tych kilka stwierdzeń razem stanowiło dla niej dziwny bełkot pijanego życiem bezdomnego wędrowcy. Gdzie jakieś związki przyczynowo-skutkowe?
Nie była wściekła, nie... Słona rosa nawet nie próbowała pojawić się na jej policzkach. Może jej serce było wypełnione żalem? Też nie... Było jej po prostu przykro.
Dlaczego tak postąpiłeś? Może i miałeś kilka powodów... Myślę, że mogłabym te porozrzucane klocki pozbierać w całość i wyobrazić sobie to, co tobą kierowało. Jednak... czy nie zasłużyłam na kilka słów wyjaśnienia?
Najbardziej bolało ją to, że właśnie skończyła rozmowę ze swoim komputerem, bo nawet nie było jej dane poczuć niezwykłą radość z obcowania z drugim człowiekiem, jakkolwiek by rozmowa się potoczyła.
Nie znosiła gołębi. Regularnie próbowały jej udowodnić, że to one rządzą jej balkonem. Ale tym razem przyjęłaby z radością nawet gołębia pocztowego. Przynajmniej jakaś żywa istota z wiadomością, a nie migający ekran.
Nie każ mi się domyślać. Najgorsza prawda jest lepsza niż niewiedza... Oooo, nie!
Plask! Biaława maź wylądowała na parapecie. Tego już było za wiele. Pałająca żądzą mordu już sięgnęła ręką po klamkę, aby wymierzyć sprawiedliwość pospolitym pierwowzorom Ikara, ale prędko cofnęła ją i machnęła w geście rezygnacji...
Dzisiaj macie Dzień Dziecka. A raczej Dzień Ptaka.
Ze skupieniem wpatrywała się w okna pobliskich domów w nadziei, że odnajdzie gdzieś kogoś, kto tak jak ona bez ruchu kontempluje obecność szyby. Bezskutecznie.
Cały świat ani na chwilę nie zamarł. Ptaki dalej śpiewały tak samo, drzewa niezmiennie się kołysały, poddając się sile wiatru. Tylko uparty gołąb, który właśnie przyleciał na balkon, korzystając z Dnia Ptaka, szarpał z zapałem sznurek na bieliznę.
W gruncie rzeczy przecież nic się takiego nie stało.
Dłużej już nie wytrzymam...
Wstała, zamknęła z hukiem drzwi balkonowe i stanęła przy oknie. Przestraszona gromada ptaków obsiadująca okoliczne parapety poderwała się do lotu. W głowie miała straszliwy mętlik. Nic a nic nie rozumiała tego, co przed chwilą przeczytała. Oczywiście każde zdanie z osobna było jasne, ale tych kilka stwierdzeń razem stanowiło dla niej dziwny bełkot pijanego życiem bezdomnego wędrowcy. Gdzie jakieś związki przyczynowo-skutkowe?
Nie była wściekła, nie... Słona rosa nawet nie próbowała pojawić się na jej policzkach. Może jej serce było wypełnione żalem? Też nie... Było jej po prostu przykro.
Dlaczego tak postąpiłeś? Może i miałeś kilka powodów... Myślę, że mogłabym te porozrzucane klocki pozbierać w całość i wyobrazić sobie to, co tobą kierowało. Jednak... czy nie zasłużyłam na kilka słów wyjaśnienia?
Najbardziej bolało ją to, że właśnie skończyła rozmowę ze swoim komputerem, bo nawet nie było jej dane poczuć niezwykłą radość z obcowania z drugim człowiekiem, jakkolwiek by rozmowa się potoczyła.
Nie znosiła gołębi. Regularnie próbowały jej udowodnić, że to one rządzą jej balkonem. Ale tym razem przyjęłaby z radością nawet gołębia pocztowego. Przynajmniej jakaś żywa istota z wiadomością, a nie migający ekran.
Nie każ mi się domyślać. Najgorsza prawda jest lepsza niż niewiedza... Oooo, nie!
Plask! Biaława maź wylądowała na parapecie. Tego już było za wiele. Pałająca żądzą mordu już sięgnęła ręką po klamkę, aby wymierzyć sprawiedliwość pospolitym pierwowzorom Ikara, ale prędko cofnęła ją i machnęła w geście rezygnacji...
Dzisiaj macie Dzień Dziecka. A raczej Dzień Ptaka.
Ze skupieniem wpatrywała się w okna pobliskich domów w nadziei, że odnajdzie gdzieś kogoś, kto tak jak ona bez ruchu kontempluje obecność szyby. Bezskutecznie.
Cały świat ani na chwilę nie zamarł. Ptaki dalej śpiewały tak samo, drzewa niezmiennie się kołysały, poddając się sile wiatru. Tylko uparty gołąb, który właśnie przyleciał na balkon, korzystając z Dnia Ptaka, szarpał z zapałem sznurek na bieliznę.
W gruncie rzeczy przecież nic się takiego nie stało.
Komentarze
Prześlij komentarz