W pewnym mieście - niezbyt wielkim, ale jednak nie takim całkiem małym - przy ulicy Koidu mieści się dom. Z wyglądu niepozorny, sąsiedzi niespecjalnie zwracają na niego uwagę. Ów dom kryje pewną tajemnicę. W jego klimatycznej piwnicy można spotkać bardzo wyjątkowych ludzi. Skąd to wiem? Nie, nie włóczyłam się po ulicy, pukając do różnych drzwi i szukając nowych znajomych. Nikt mi też o tym nie opowiedział. Do poznania niezwykłego domu, jego mieszkańców i zaprzyjaźnionych z nimi osób przyczynił się deszcz. Porządny estoński deszcz.
Zaczęło się od planu. Plan był taki, aby wybrać się na wieżę telewizyjną i poćwiczyć radzenie sobie z lękiem wysokości. Wewnętrzna sroka nie pozwoliła jednak na zbyt długą podróż, gdyż okazało się, iż na pobliskiej ulicy zorganizowano jarmark. Można tam było kupić przeróżne rzeczy - od masy przedziwnych bibelotów, toreb i innych bzdurek, które nie różniły się zanadto od tych dostępnych w Polsce na dowolnych świątecznych targowiskach, poprzez wszelakiej maści produkty do jedzenia i picia - różne słodycze, ciasta, przekąski, napoje... Zamiast pajd chleba ze smalcem oferowano kanapki ze śledziem i do przegryzienia rybę wysuszoną na wiór. Doprawdy nie wiem, jak długo trzeba było ją żuć, żeby udało się ją porządnie zmiękczyć. Ja po kilku minutach się poddałam. W jednym miejscu ludzie ćwiczyli tai chi, w innym zespół muzyczny grał na żywo na prowizorycznej scenie. Z jednego z domów co chwilę przez okno ktoś spuszczał koszyk, którego zawartość była skrupulatnie wyciągana przez ludzi stojących pod tym właśnie domem... No tak, ale zapytacie - gdzie ten deszcz?
Otóż ulewa pojawiła się nagle i bez uprzedzenia. Zaczęło padać tak mocno i tak zacinało, że nawet parasolka nie pomagała i buty w przeciągu kilku minut przemakały. Oczywiście wszyscy ludzie rzucili się do ucieczki, w nadziei, że szybko znajdą kawałek dachu, markizy czy jarmarcznego namiotu, który mógłby posłużyć za schronienie. Nie będzie pewnie także dla Was zaskoczeniem, że ja również zaczęłam szukać jakiegoś miejsca, żeby się schować. I tak stanęłam pod wąskim daszkiem mieszczącym się nad wejściem do jednego z domów. Stało nas tam troje nie dłużej niż kilka minut, gdyż nieoczekiwanie zostało otwarte okno do piwnicy i wyjrzała przez nie kobieta. Wypowiedziała kilka słów, które brzmiały zagadkowo. Mogłyby być pozdrowieniem, jak i pytaniem, czy moglibyśmy ruszyć swoje szanowne cztery litery i nie zasłaniać jej światła. Na szczęście okazało się, że pani z piwnicznego okienka mówiła bardzo dobrze po angielsku, jak zresztą praktycznie każdy napotkany mieszkaniec nadmorskiego kraju. Pani jednak nie chciała nikogo obrazić ani wyrzucić, wręcz przeciwnie - zaprosiła nas do środka, zostawiając nam wybór, bo może jednak bardziej podobało nam się stanie pod daszkiem. Nikt nie chciał dłużej moknąć, więc zaproszenie zostało przyjęte z wdzięcznością.
Wchodzicie do piwnicy nieznanego domu, do której zaprasza Was obca osoba... Brzmi jak początek filmu, który się może bardzo źle skończyć. Zaskakujące było to, że wtedy na początku nie pojawiła się myśl, że ktoś może nas skrzywdzić. Chęć ukrycia przed deszczem była silniejsza niż strach przed nieznanym miejscem i nieznanymi osobami. Weszliśmy do piwnicy i zostaliśmy przywitani przez zapach kuchu, książek i osoby w niej siedzące. Poczęstowano nas winem i zajęto ciekawą rozmową. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że poznaliśmy bardzo znanego estońskiego muzyka, jednego z najlepszym współczesnych poetów estońskich, a wszystko to stało się dlatego, że spośród wielu domów mieszczących się przy ulicy Koidu wybraliśmy właśnie ten, w którym estońscy artyści się spotykają. O czym rozmawialiśmy i czego się w tej rozmowie dowiedziałam, to już chyba temat na osobną opowieść :)
Otóż ulewa pojawiła się nagle i bez uprzedzenia. Zaczęło padać tak mocno i tak zacinało, że nawet parasolka nie pomagała i buty w przeciągu kilku minut przemakały. Oczywiście wszyscy ludzie rzucili się do ucieczki, w nadziei, że szybko znajdą kawałek dachu, markizy czy jarmarcznego namiotu, który mógłby posłużyć za schronienie. Nie będzie pewnie także dla Was zaskoczeniem, że ja również zaczęłam szukać jakiegoś miejsca, żeby się schować. I tak stanęłam pod wąskim daszkiem mieszczącym się nad wejściem do jednego z domów. Stało nas tam troje nie dłużej niż kilka minut, gdyż nieoczekiwanie zostało otwarte okno do piwnicy i wyjrzała przez nie kobieta. Wypowiedziała kilka słów, które brzmiały zagadkowo. Mogłyby być pozdrowieniem, jak i pytaniem, czy moglibyśmy ruszyć swoje szanowne cztery litery i nie zasłaniać jej światła. Na szczęście okazało się, że pani z piwnicznego okienka mówiła bardzo dobrze po angielsku, jak zresztą praktycznie każdy napotkany mieszkaniec nadmorskiego kraju. Pani jednak nie chciała nikogo obrazić ani wyrzucić, wręcz przeciwnie - zaprosiła nas do środka, zostawiając nam wybór, bo może jednak bardziej podobało nam się stanie pod daszkiem. Nikt nie chciał dłużej moknąć, więc zaproszenie zostało przyjęte z wdzięcznością.
Wchodzicie do piwnicy nieznanego domu, do której zaprasza Was obca osoba... Brzmi jak początek filmu, który się może bardzo źle skończyć. Zaskakujące było to, że wtedy na początku nie pojawiła się myśl, że ktoś może nas skrzywdzić. Chęć ukrycia przed deszczem była silniejsza niż strach przed nieznanym miejscem i nieznanymi osobami. Weszliśmy do piwnicy i zostaliśmy przywitani przez zapach kuchu, książek i osoby w niej siedzące. Poczęstowano nas winem i zajęto ciekawą rozmową. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że poznaliśmy bardzo znanego estońskiego muzyka, jednego z najlepszym współczesnych poetów estońskich, a wszystko to stało się dlatego, że spośród wielu domów mieszczących się przy ulicy Koidu wybraliśmy właśnie ten, w którym estońscy artyści się spotykają. O czym rozmawialiśmy i czego się w tej rozmowie dowiedziałam, to już chyba temat na osobną opowieść :)
No i gdzie w tym wszystkim kapusta?
OdpowiedzUsuńTo pomieszczenie z książkami w piwnicy budynku przy ulicy Koidu nazywa się Kapsad, co po estońsku znaczy kapusta. Ponadto, podobno na taką mocno "wyczytaną" książkę także mówi się po estońsku kapsad :)
OdpowiedzUsuń